O zdradzie i nawróceniu

Obiecywałam napisać o zdradzie, więc to czynię. Nie ukrywam, że nie jest to łatwy dla mnie temat.

Tego posta dedykuję R., którego poznałam jakiś czas temu.  Wydał mi się bardzo ciekawą osobą. Okazało się, że przymierza się do seperacji z  żoną, a w przeszłości (jakieś kilka lat temu) zdradził swoją żonę. Szczegółów nie znam, wiem tylko, że romans nie skończył się szczęśliwie.

Dla mnie dziś oczywiste, że coś takiego nie mogło się dobrze zakończyć. Dlaczego? Sami przeczytajcie o moim własnym doświadczeniu.

Kochani dawno temu, kiedy jeszcze mało wiedziałam o życiu sama zdradziłam, a właściwie zdradzałam mężczyznę, którego kochałam.

Jak do tego doszło?

Byłam młodą, zagubioną dziewczyną prawie z dyplomem studiów wyższych. Mój ówczesny chłopak wyjechał za granicę. Oczywiście miał mnie tam ściągnąć. Przed jego wyjazdem w naszym związku bardzo się psuło. Moja rodzina ( bardzo źle wtedy postępowali), która od początku była przeciwna temu związkowi, zachęcała żebym poszła w bok, czyli go zdradziła, znalazła sobie inną opcję, inną alternatywę. Żyłam wtedy też bez Boga, czasem sobie na chwilę o tym przypominając, gdy było mi bardzo źle lub chciałam zdać egzamin. Cyniczne wykorzystywanie Boga, dziś napawa mnie to odrazą.  W tamtym czasie Bóg stał i tylko przyglądał się, nic nie robił, odpuścił. Pozwolił, abym się stoczyła. Wiedział co robi, chciał zebrać obfitsze plony niż tylko to, gdybym była zwyczajna. Dodam jeszcze, że Bóg uwielbia popaprańców.

Pierwszy skok w bok (jeszcze przed wyjazdem mojego faceta), to było zapomnienie się po alkoholu z facetem, w którym jako nastolatka byłam zakochana. Oczywiście w tamtym okresie mojego życia od razu się wybielałam. Mój ówczesny chłopak okłamał mnie (nie będę tutaj wchodziła w szczegóły, ale zachował się bardzo nieelegancko), więc miałam prawo się odegrać.  Poza tym  gdzieś jeszcze czuła sentyment do tego mężczyzny, kto wie może coś z tym drugi, by było gdyby wykazał chęci. Dziś wiem, że dobrze się stało, bo byłby to bardzo zły wybór. Rzecz jasna ten drugi jak wcześniej (czyli kiedy go kochałam, tj w liceum) miał mnie gdzieś. Zabolało. O zdradzie nie zająknęłam się. Udawałam, że wszystko jest ok. Moja rodzina nie próżnowała, nie dawała za wygraną. Chciała, żebym odeszła do mojego ukochanego. Byłam  rozdarta.  Dziś twierdzę, że zabrakło przy mnie osoby mądrej, dobrej z wartościami chrześcijańskimi.

Mój facet wyjechał za granicę, a ja rzuciłam się w wir imprez.  Na jednej z takich poznałam Jego. Wszyscy mnie popychali do zdrady. Z perspektywy czasu mam mały żal, że nikt nie złapał mnie za rękaw, że mną nie potrząsnął. Nie powiedział mi: Opamiętaj się! To będzie rysa na całe życie, która nigdy nie zniknie.  Ten, z którym zdradzałam był moim przekleństwem przez kolejne prawie 10 lat.

Mój facet dowiedział się  częściowo z mojego ówczesnego bloga ( długo też przez to nie byłam w stanie pisać, skasowałam tego bloga, chociaż był wówczas bardzo popularny na Onecie). Wtedy też rozmawiając przez telefon z nim jakoś się wyłgałam.  Wyszło również wtedy, że wobec mnie nie był do końca uczciwy. Od razu Was ostrzegam, to nie ma znaczenia. Wybielanie się jest najgorsze, tłumaczenie się czyimiś czynami. Po latach zrozumiałam, że trzeba przyjąć to, że źle się postępowało, że było się złym człowiekiem.  Zapomnieć o widzenie drzazgi w oku bliźniego, bo i tak nasza drzazga zwykle okazuje się być belką.

Ostatecznie powiedziałam mu o wszystkim w Irlandii, kiedy mi się oświadczył. Nie wytrzymałam, wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju. Poza tym wydawało mi się, że jestem zakochana w tym drugim. Gdy mój facet dowiedział się o zdradzie, zachowywał się jak dziecko. Widziałam jego łzy. Leżał na łóżku i płakał jak dziecko. Obraz ten zostanie na całe życie. Była wrześniowa noc, gdy wybiegł z domu na Chestnut Close. Bałam się, że zrobi sobie coś złego, że nie udźwignie tego. Wiem, że byłam wówczas dla niego całym światem. I to też niedobrze.  Najpierw powinien być Bóg. On nie wierzył w niego. Ja w zasadzie też w niego wątpiłam. Gdybyśmy wówczas wpuścili Boga, który dobijał się tamtej nocy do drzwi na Chestnut Close może udałoby się uratować ten związek.

Wiem, że mimo tego, że sam miał też swoje grzeszki na sumieniu, to bardzo mnie kochał. Kilka miesięcy później w Polsce oficjalnie się ze mną zaręczył. Niestety po kilku miesiącach sama zdecydowałam się oddać pierścionek zaręczynowy, nie mogłam go nosić. Czułam się z nim źle.  To on się chwalił zaręczynami, ja nikomu się nie przyznawałam. Cała moja ekipa znała prawdę, wiedziała co nawywijałam. Sama też się trochę uczuciowo w pewnym momencie zawiesiłam. Z jednej strony moja podłość ( jeszcze po zaręczynach widywałam się z tym drugim), z drugiej sprawy który wyszły na jaw  dotyczące mojego narzeczonego. Nie udźwignęłam tego ciężaru, on też nie potrafił się z tym zmierzyć. Dziś wiem, że wystarczyło to oddać Bogu. On był ateistą, ja przy nim stałam się również ateistką.

Osoba, z którą zdradzałam, wracała do mojego życia setki razy, jak wilk w owczej skórze, udając osobę, której zależy na mnie. Nie oceniam tego mężczyzny, ale nie chcę go widzieć w swoim życiu już nigdy.

Moja podłość jednak nie skończyła się na zdradzie. Po rozstaniu naszym szpiegowałam go w Internecie, włamywałam się na pocztę, na komunikator. Dodatkowo ośmieszyłam go w towarzystwie, opowiadając o jego bardzo intymnych sprawach. Kijem Wisły nie wrócę.  Jednak cholernie żałuję i zawsze będę żałować, że byłam takim złym człowiekiem.

Po 10 latach od zdrady jestem uczciwa, nie zdradzam i nigdy tego nie zrobię.  Powtarzam moim klientom, uczestnikom szkoleń: Pamiętajcie na czyichś łzach nie zbudujecie szczęścia. ZDRADA to rysa na całe życie. To coś co będzie wracać i przypominać. Dlaczego w swoich działaniach sięgam do Pisma Świętego, ponieważ dla mnie największym, najlepszym trenerem, coachem i mówcą jest Jezus Chrystus.

Dziś żyję szczęśliwie, dobrze, wkrótce będę wychodzić za mąż. Jestem kochana.  Potrzebowałam jednak wielu lat, aby to przepracować.  Nie korzystałam z terapii, od razu uprzedzam.

Jak sobie z tym radziłam? Najpierw rzuciłam się w pracę, co nie było dobrym pomysłem. Stałam się zgorzkniała, nie potrafiłam się zakochać, ale za to byłam świetna zawodowo.  Oczywiście dobra passa zawodowa też miała swój kres. Dalej było we mnie zło, którego wciąż nie mogłam się pozbyć. Byłam mocno poraniona. Czytałam książki psychologiczne. Zaczęłam czytywać Louise L. Hay, Bennewicza. Szukałam, cały czas szukałam.  Coś jednak nie grało?

Wszystko zaczyna się w 2011. I tu przytoczę Wam moje świadectwo – świadectwo osoby, która się nawróciła tak po prostu.

Jak wcześniej wspomniałam w zasadzie byłam ateistką. Czasem tylko sobie przypominałam o Bogu.

Jedynym autorytetem w kościele katolickim, do którego mimo wszystko „należałam”, był Ojciec Św. Jan Paweł II.

Kiedy tak żyłam byle jak, bez miłości, nagle wydarza się pierwszy cud. Dziś twierdzę, że wtedy niebo się o mnie upomniało. Było to subtelne działanie Boga. Na szybie  swojego okna w dzień beatyfikacji Jana Pawła II  miałam woskiem napisane JP. Wystraszyłam się. Wtedy po raz pierwszy  od dawna  zaczęłam się modlić.

Potem do mojego życia wkracza M.  mężczyzna, na którego moje serca zaczyna się otwierać wreszcie!!!. On pokazuje mi Boga, zabiera na kurs Alpha i na msze o uwolnienie, kiedy mam dość już własnego życia.  Na tej mszy narodziłam się na nowo. Dzisiaj mam dwie daty narodzin. Jedna w metryce, druga 17.03. Zostałam uwolniona z nałogów, m.in. nikotynowego, z ezoteryki. Bóg uporządkował wszystko i przede wszystkim dał siłę na zmaganie się z przeciwnościami losu. Zaczął układać moje życie. I pojawił się blask na mojej twarzy. Ciągle ktoś powtarzał, ale Ty się zmieniłaś i słyszę to do dzisiaj. Potem dopełnieniem całego uzdrowienia była Bośnia i Medjugorje. M. mimo mojej miłości wstępuje do zakonu. Ciskam się, wkurzam, złoszczę, ale w końcu godzę się z jego decyzją.  Zaczynam biegać, podejmuje nowe kierunki kształcenia, rozwijam się.

Rok później pojawia się nowy mężczyzna, jestem z nim krótko. Znowu wraca podłe życie, jestem źle traktowana ( zaczynam z nerwów podpalać), ale mimo tego nie zdradzam, jestem uczciwa. I to jest moje wielkie zwycięstwo. Nie wybielam się. Rozstajemy się.

Bardzo to przeżywam. Zaczynam kombinować. Okazuje się, że nawrócenie, uwolnienie nie jest dane na zawsze. Trzeba nawracać się codziennie. W tej rozpaczy zaczynam się interesować na nowo ezoteryką, metodami z kręgu new age.

Aż pewnego dnia czuję się bardzo przytłoczona tym wszystkim, czuję że robię sobie coraz większy bałagan. Nie wiem co robić, zaczynam błagać Boga, by mi pomógł.

I Bóg przychodzi z pomocą. W Internecie znajduję najpierw modlitwy do św. Rity orędowniczki spraw po ludzku niemożliwych, a następnie Nowennę Pompejańską. Podejmuje wyzwanie i zaczynam odmawiać nowennę – ja, ta która słabo modli się różańcem. 54 dni modlitwy w jednej intencji. W trakcie nowenny przychodzi dużo łez. Przychodzi wybaczenie, zrozumienie tego co w życiu złego zrobiłam. Matka Boża przepracowuje ze mną raz jeszcze sprawę zdrady. Przychodzi mnóstwo światła dla wielu spraw. Nagle wiem, czego nie powinnam robić. Odrzucam ezoterykę. Przestaję podpalać. Uspokajam się. Rezygnuje z wielu znajomości, ale tym wszystkim kieruje już ktoś z góry, a ja ufam, że tak ma być. Pojawiają się nowe osoby w moim życiu. Przynoszą mnóstwo pozytywnej energii. Gdy Bóg zamyka drzwi otwiera szeroko okno na coś zupełnie nowego.  Ludzie czasem dziwią się, że mam taką radość w sobie.  I tak jest do teraz.  Jestem trenerem, coachem, praca z ludźmi, to dla mnie największa radość.  Żyję w ścisłym kontakcie z Bogiem. Nie ma dnia bez Boga, Matki Bożej.

Dzisiaj zwracam się do wszystkich par, małżeństw przeżywających kryzysy, np. po zdradzie. Proszę wpuście do swojego związku Boga, powierzcie mu swoje uczucia, swoje zmartwienia. Dzisiaj bardzo szybko rezygnujemy. Idziemy na łatwiznę. Dla mnie przysięga małżeńska jest czymś najpiękniejszym. Oto dwoje ludzi ślubuje przed Najwyższą Instancją  – Bogiem Wszechmogącym.  Ślubują być ze sobą, kochać się, szanować nie tylko w miłych chwilach, zabawnych, dobrych, szczęśliwych, ale również w tych trudnych, naznaczonych chorobą, smutkiem, tragediami. Teraz już nie dwoje, ale jedno ciało. Ilekroć myślę o miłości, to zdaję sobie sprawę, że ma one swoje różne odcienie, ale mimo tego Hymn Miłości św. Pawła z Listu do Koryntian przedstawia tą prawdę uniwersalną o niej.  I zawsze, gdy przychodzą wątpliwości uczuciowe przypominam sobie o nim, o cechach miłości jakie tam są wskazane.

Podsumuję ten post Hymnem o Miłości.

Święty Paweł

Hymn o miłości

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *